Profil podróżnika: Machaj aż po Nil

Wszystkich wpisów: 48

Playa del Carmen i powrót do europy :(

O 9 ruszyliśmy w drogę, na jednej z krzyżówek złapaliśmy autobus do centrum, ostatnia wizyta w Burdel Kingu i kolejnym wydostajemy się na obrzeża miasta. Mimo że spędziliśmy tam trochę czasu, to wszystko szło dość płynnie i chwilę po południu byliśmy 40 km dalej. Dopiero wtedy zrobiło się gorzej, słońce co raz bardziej dawało popalić, ruch mimo głównej drogi i sąsiedztwa autostrady był znikomy, a to nie ułatwiało. W końcu jednak się udało i zgarnęli nas Kanadyjczycy. Nie było łatwo wpakować się w trójkę do małej osobówki, ale się udało i po piętnastej byliśmy już na bramkach przy rozjeździe Cancun / Playa del Carmen. Podobnie jak wcześ...

czytaj więcej na blogu

Powoli czas wracać - kierunek półwysep Jukatan

Według pierwotnego planu dwunastego z samego rana mieliśmy zabrać swoje manatki i ruszyć w dalszą drogę, ale jak to z nami bywa wyszło zgoła inaczej. Dzień wcześniej mieliśmy wypić po piwku, wrócić się dopakować i położyć spać dość wcześnie żeby rano nie snuć się jak zombi po wylotówce. Skończyło się jednak na tym że wróciliśmy dopiero przed czwartą, czego zdecydowanie nie żałujemy. Wstaliśmy po południu, zjadłem pół kilo jogurtu żeby mieć trochę siły i poszliśmy do kebaba na internet. Z braku laku wybraliśmy się jeszcze jeden raz do miasta, ale tym razem ze specjalnym zleceniem. Jeden z naszych znajomych zamówił sobie dość...

czytaj więcej na blogu

Ostatnie chwile w Puerto :(

Większość dnia spędziliśmy na słodkim nic nie robieniu, dopiero po południu Damian wyszedł z małą propozycją żeby wyskoczyć na plażę Corzanillo, więc spakowaliśmy się w parę minut i w drogę. Tym razem nie mogłem odpuścić i wziąłem GoPro, czego efekt na dniach zobaczycie na Facebooku. Później mała impreza w kebabie i dalej na dzikie densy w cyrku, gdzie jeden z naszych znajomych organizował sporą imprezę w nocy. Zapowiadało się dość ciekawie, dopóki nie dojechaliśmy na miejsce i się okazało że grają dziwną wersję techniawki, a że nie byliśmy wykręceni, więc muzyka nie podeszła nam do gustu. Plus z tego był chociaż jeden, teraz mogę po...

czytaj więcej na blogu

Od teraz wszystko kręci się w oku Puerto Escondido

Od czasu jak pojawiliśmy się u Damiana i Debi, wszystko fajnie zaczęło się układać. Na dobry początek chcieliśmy porządnie odpocząć po podróży, więc pierwsze dwa dni po prostu leniuchowaliśmy. Później zaczęliśmy pomagać w domu i El Polaco kebab, ponad trzy miesiące podróży potrafi stać się męczące, więc chcieliśmy posiedzieć gdzieś dłużej.  W domu w ciągu dwóch dni postawiliśmy z Damianem pokój dla wolontariuszy, nic specjalnego, jedynie trochę drewna, śrub i sklejki, ale chodziło jedynie o stworzenie takiej małej prywatnej oazy. Kilka mniejszych napraw, trochę roboty na komputerze i jakoś dni leniwie nam mijały. Czasem siedzieliśmy w...

czytaj więcej na blogu

Odwiedziny u Luisa w Tuxli

Po wyjeździe z farmy kreciliśmy się jeszcze przez chwilę po San Cristobal i podobnie jak kilka miesięcy temu próbowaliśmy się wydostać z miasta do Tuxli. Już zapomniałem jak ciężko się stopuje w tym kierunku, więc po godzinie byliśmy zmuszeni wziąć colectivo żeby dojechać na miejsce o w miarę ludzkiej godzinie. Busik podrzucił nas do centrum skąd musieliśmy jakoś dostać się na drugą stronę miasta do jego domu. Nieco odzwyczailiśmy się od słońca, więc te kilka kilometrów pod obciążeniem robiło swoje, ale jakoś się udało i przed 18 byliśmy na miejscu. Zaledwie po kilku minutach odzyskaliśmy całą radość, to miejsce i Ci ludzie mają w sobie tyle pozyty...

czytaj więcej na blogu

Zatoka Meksykanska, powrót do San Cristobal de las Casas i "gówniany" workaway.

 Miejsce było na tyle przypałowe, że wstaliśmy chwilę po piątej, cofnęliśmy się nieco na CirkleK żeby napić się kawy i po 7 zaczęliśmy łapać stopa. Tabasco jednak nie jest rajem autostopowym, więc dwie godziny później wzięliśmy autobus do Villahermosa. Niestety przespaliśmy nasz zjazd i wysiedliśmy dopiero dwa kilometry dalej, a że nie chciało nam się drałować, to poszliśmy inną drogą próbując tam swoich sił. No i wyszło tak, że utknęliśmy... Dopiero po jakichś dwóch godzinach udało się zatrzymać jakiegoś pick upa, którego kierowca obiecał podrzucić nas kolejne dwa kilometry dalej na główny wyjazd. Lecz chyba nie do końca zrozu...

czytaj więcej na blogu

Tikal? Dżungla Peten? I droga do Meksyku.

Wczesna pobudka nie wyszła, każde z nas spało jak zabite, ale po 9 udało się jakoś opuścić hotel. Szybka wizyta w subwayu i koło jedenastej siedzieliśmy już na wylocie z miasta. Pół godziny łapania i wygraliśmy życie, nie dość że mamy podwózę do San Salwator, to jeszcze dostaliśmy kurczaka na obiad. Przez całą drogę siedzieliśmy na pace i się zastanawialiśmy nad tym, czego myśmy się bali w Salwatorze. Po wizycie w dwóch wcześniejszych krajach, zaczęliśmy dostrzegać nie tylko syf który góruje w dużych miastach, ale też naturę i zieloną stronę tego miejsca, która jest naprawdę piękna. Wcześniej nie chcieliśmy tu przyjechać, ominąć k...

czytaj więcej na blogu

Obrót o 180 stopni stopni i powrót do Salwadoru.

Dla odmiany, wstaliśmy dzisiaj dość szybko, zjedliśmy ostatnie śniadanie na wyspie i promem o 10 wróciliśmy na stały ląd. Wsiadajac nie mieliśmy pojęcia że czeka nas przy okazji zabawa jak w wesołym miasteczku, promem miotało na wszystkie strony jak szatan, a że tym razem siedzielismy na górnym pokładzie, to emocje były o wiele większe. Szczególnie gdy trzeba było łapać plecaki żeby nie wypadły za burtę. Nieco ponad godzinę później (w tą stronę poszło szybciej) byliśmy już w San Jorge i chwiejnym krokiem opuszczaliśmy port. Po odgonieniu wszystkich taksiarzy zlapaliśmy stopa do Rivas, skąd dalej pojechaliśmy do miasta Masaya na poszukiwania leniwca, który ponoć zamieszkuje tutejszy...

czytaj więcej na blogu

Kamyk i wizyta na wulkanicznej wyspie Ometepe

O jedenastej zabraliśmy rzeczy, sprzątaczka dość mocno dawała nam do zrozumienia, że mamy jedynie pięć minut na wyniesienie. Przed opuszczeniem miasta zrobiliśmy przystanek w piekarni na ciasto i kawę, skąd później stopem wróciliśmy do Rivas, gdzie mieliśmy się spotkać z Arkiem ze "Stone on travel". I faktycznie, czekał na nas pod Burger Kingiem, tak jak się umawialiśmy dzień wcześniej. Nie było co siedzieć w tym samym miejscu, więc poszliśmy gdzieś w stronę centrum, zjedliśmy obiad w comedorze i po zakupy na wieczór. Zapakowaliśmy "prowiant" na Arka trzykołową brykę i ruszyliśmy za miasto w poszukiwaniu idealnego miejsca na dzisiejszy obóz. Mimo że jakiś pasi-krowa kręcił si...

czytaj więcej na blogu

Wulkan Masaya, Granada i miasto duchów La Boquita

Według planu mieliśmy dzisiaj jechać na wulkan Masaya oddalony zaledwie 30 km od nas, więc nie było co się śpieszyć. Zjedliśmy spokojnie śniadanie i przed pierwszą wymeldowaliśmy się z hotelu. Przeszliśmy kilka kilometrów pieszo na główną drogę, jakaś mała przerwa w Mc'Donalds i przed trzecią jechaliśmy już w stronę wulkanu. Zaledwie kilkanaście minut później siedzieliśmy przed głównym wejściem, trochę ciężko było się dogadać na bramie, co chwilę mieliśmy płacić inną cenę i tak dalej. W końcu dostaliśmy mapkę z informacjami po angielsku i zdecydowaliśmy się czekać kolejne dwie godziny na nocny wjazd. Siedzieliśmy tak na ł...

czytaj więcej na blogu

W końcu Nikaragua ;)

Od rana zaczynaliśmy się pakować, mieliśmy czas na wymeldowanie do 12, więc postanowiliśmy to zrobić dość szybko i przenieść się do baru ogarnąć na internetach dalszy plan. Przez dobre dwie godziny patrzyłem w mapę jak kołek i szukałem dobrego i taniego miejsca, gdzie moglibyśmy się zaszyć na te kilka dni. Już nawet myśleliśmy żeby załatwić workaway gdzieś dalej, ale było zbyt mało czasu. Dopiero pod koniec wpadł nam pomysł żeby napisać jeszcze raz do ministerstwa migracji Nikaragui z pytaniem czy jest możliwość wcześniejszego wjazdu. Liczyliśmy że najszybciej odpiszą dopiero jutro (była niedziela), więc zebraliśmy rzeczy i już mieliśmy wychodzić, gdy przys...

czytaj więcej na blogu

GTA San Salvador

Mimo że wstaliśmy przed piątą, dopiero trzy godziny później ruszyliśmy się ze stacji, było jeszcze zbyt wcześnie i mało aut jeździło, do tego żołądek dalej stawiał mocne opory. Na cztery auta dojechaliśmy do granicy z Salwadorem i poszliśmy się odprawić w punkcie migracyjnym. Pozytywnie nas zaskoczyli Gwatemalczycy,po raz kolejny nie zapłaciliśmy ani grosza za wyjazd, więc kolejne 5$ zostaje nam w kieszeni. Chyba nawet nie wiedzieli że mamy coś płacić. Z resztą patrząc na miny Salwadorczyków widzących nasze paszporty, oni jeszcze bardziej nie ogarniali, przejście które wybraliśmy nie było zbyt turystyczne. Brak pieczątki w paszporcie mnie nieco zmartwił, ale okazało się że w Gw...

czytaj więcej na blogu

Livingston - Czarna dziura

Po dziesiątej wymeldowaliśmy się z hotelu, zjedliśmy jeszcze po burgerze i na wylotówkę z miasta. Przez większość drogi towarzyszył nam młody chłopiec, szedł za nami krok w krok i zadawał mnóstwo pytań. Zazwyczaj padało to samo co zwykle, ale tym razem dzieciak zapytał ile wydaliśmy na bilety żeby tu przylecieć, gdy zobaczył kwotę, okrzyknął nas milionerami. W końcu jednak się rozdzieliliśmy i przed południem udało nam się złapać stopa dalej. Pierwszy raz w tej części świata zasugerowano nam że mamy zapłacić za przejazd, jednakże skończyło się jedynie na czczym gadaniu. Ale za to jakim, praktycznie nie rozumieliśmy nic z rozmowy kierowcy i jego towarzysza, brzmiał...

czytaj więcej na blogu

Jezioro Atitlan

Koło południa wyszliśmy na obrzeża miasta łapać stopa. Masa mijających nas ludzi próbowała nam pomóc, często odsyłali nas na dworzec nie dowierzając, że "gringo" może nie mieć pieniędzy na autobusy. Inni się witali, dzieciaki robiły wielkie oczy patrząc na plecaki, a reszta życzyła nam po prostu powodzenia. Może miasta nie są za specjalne i wcale nie porywają, ale w tych szczerych uśmiechach można się zakochać. W końcu zdecydowaliśmy się na chicken busa i za trzy quetzale dojechaliśmy do miasteczka Quattro Caminos (cztery drogi). Zawsze chciałem się przejechać jednym z tych starych, przerobionych szkolnych autobusów i w końcu nadarzyła się okazja. Jadąc dalej już stopem, t...

czytaj więcej na blogu

Pierwsze chwile w Gwatemali

W końcu przyszedł czas żeby porzucić wygodę i ruszyć w dalszą drogę ku nieznanemu. Rano po odebraniu prania, przeszliśmy się jeszcze na zakupy do Soriany i w południe na wylotówkę. Ciężkie to było kilkaset metrów pod górkę, mimo że denga odpuściła, to z plecakami i tak było ciężko się wdrapać. Na dobry początek nie dogadaliśmy się zbytnio z pierwszym kierowcą, który zaledwie po pięciu kilometrach wysadził nas w środku centrum pod dworcem ADO. Próbowaliśmy coś łapać, ale dość ciemno to wyglądało, więc przeszliśmy się kilkaset metrów dalej szukać szczęścia pod Mc'Donalds. Nic to nie dało, więc przed piątą od...

czytaj więcej na blogu

Oaxaca - Królestwo czekolady.

Dzień po sylwestrze w końcu zaczęliśmy się zbierać z Puerto Escondido, nie powiem że było lekko, ale smutno było wyjeżdżać z tego miejsca. Po dziesiątej byliśmy gotowi do wymarszu z Buena Ondy, jeszcze tylko chwila na sprawdzenie plecaków i poszliśmy po raz ostatni (w każdym razie teraz) na śniadanie do Damiana. Ciężko było się zebrać,ale w końcu dostaliśmy się na główną i nawet dość szybko poszło, po kilku minutach jechaliśmy w stronę miasta Oaxaca. Na dwa auta dojechaliśmy do Pochutli i na jakiś czas zapowiadał się koniec jazdy. Przynajmniej mieliśmy fajne miejsce przy krzyżówce, gdzie czas umilali nam artyści uliczni. Rozsiedliśmy się niedaleko oxxo (sklep) ...

czytaj więcej na blogu

Puerto Escondido - Miejsce gdzie zmieniło się wszystko...

W końcu jednak dotarliśmy na miejsce. Mieliśmy jedynie znaleźć nocleg i ruszyć na plażę do Abrahama i jego rodziny napić się nieco piwa, w każdym razie ja, bo Monika dalej miała coś nie tak z żołądkiem. Ale niestety nie wyszło. Znaleźliśmy najtańszy hostel w okolicy i padliśmy na dziób, nawet nie zdążyliśmy wziąć prysznica. Łóżko miało dzisiaj takie przyciąganie, że po kilku minutach oboje już spaliśmy. Kolejnego dnia rano czekała nas niemiła niespodzianka, okazało się że nie ma bieżącej wody i jesteśmy w ciemnej... Czekaliśmy do południa w nadziei, że coś się zmieni,ale niestety nie wyszło. Na szczęście właściciel zrozu...

czytaj więcej na blogu

Manzanillo

Dość topornie szło nam opuszczanie pokoju, mało co wyschło z tego co wczoraj wypraliśmy. Do tego trzeba było ogarnąć profil na workaway, więc trochę czasu to wszystko zajęło, ale przed południem jakoś udało się ruszyć w dalszą drogę. Piechotą dostaliśmy się na jedną z głównych ulic i próbowaliśmy dalej jechać autobusem gdzieś na południe, ale to było jak walka z wiatrakami, komunikacja w tym mieście jest prawdziwym koszmarem. Niewiele się zastanawiając zjedliśmy jakieś śniadanie obok i przeszliśmy się dwa kilometry dalej na obwodnicę. Stamtąd jakoś udało nam się złapać stopa na La Tiere, później szło ciężej, ale złapali&#...

czytaj więcej na blogu

Teotihuakan

Dzień zaczęliśmy od ciepłego prysznica, nie wiadomo kiedy będzie kolejna okazja, standardowo wyskoczyliśmy na Tacos w okolice Hidalgo i trzeba było się zbierać. Metrem dojechaliśmy na stacje Autobuses del Norte, a stamtąd za 50 peso autokarem na Teotihuakan. Na każdym przystanku ktoś wpadał do środka zjedzeniem i lodami, a połowę trasy drogę umilał nam miejscowy grajek z gitarą. W ciągu godziny dojechaliśmy na miejsce, na bramie kupiliśmy bilety za 70 peso i w drogę. Czytaliśmy że trzeba płacić standardowo za zdjęcia 45 peso, ale nam się upiekło,kasjer powiedział że telefony i mały sprzęt są za darmo. Minusem był brak przechowalni bagażu, ale coś pokombinowaliśmy i udało się zostaw...

czytaj więcej na blogu

Guadalachara i dalej :)

Wypoczęci rano wróciliśmy na stację pemexu napić się gorącej kawy, w tym czasie słońce zdążyło rozświetlić niebo i mogliśmy wrócić na wylot powoli łapać. Nie było co prawda tak ciepło jak w nocy (19 stopni), jedynie dziewięć stopni, ale zawsze to lepiej niż temperatura, którą mieliśmy przez ostatnie kilka dni. Dzisiaj poszło ekspresowo, w dwie minuty mamy auto i to z jakim kierowcą, płynnie mówił po angielsku. W końcu mogliśmy zapytać o nurtujące nas rzeczy tu w Meksyku, których nigdzie nie mogliśmy znaleźć. Dojechaliśmy do Tepotzotlan na same bramki pod autostradą. Stąd już z górki, zjedliśmy śniadanie i wiśta dalej, nie czekaliśmy...

czytaj więcej na blogu

Mexico City

Niezbyt chętnie opuszczaliśmy dom naszych nowych przyjaciół, ale trzeba było ruszać dalej przed siebie. Wspólnie zjedliśmy śniadanie, trochę po polsku, bo jak to bywa, po wczorajszym obiedzie dość sporo zostało, a tutaj nic się nie marnuje. Do tego Hojuela (tradycyjne wafle świąteczne) i przed jedenastą pożegnaliśmy się ze wszystkimi. Czekała nas długa droga, więc wpadliśmy jeszcze do chedraui po jakieś zapasy. Ze sklepu przeszliśmy się dwa kilometry dalej Panamerikaną, do w miarę dobrego miejsca, gdzie mogliśmy zacząć łapać. Zaledwie po kilku minutach podeszła do nas parka i poradzili żebyśmy się przenieśli kilka kilometrów dalej na rozjazd. Mówili że nikt nas stąd ni...

czytaj więcej na blogu

Tuxtla Gutierrez i Kanion Sumidero

Żeby nie tracić czasu, na śniadanie poszliśmy od razu z plecakami. Wczoraj udało nam się ogarnąć pierwszego hosta w Meksyku, w mieście Tuxtla. Z początku mieliśmy się kierować do Puebli, ale Monika znalazła jakiś kanion w okolicy miasta i pokazy tańca, więc lekko zmieniliśmy plany. Po przejściu czterech kilometrów, okazało się że droga jest zablokowana przez policję,staraliśmy się łapać do czasu gdy jeden z kierowców powiedział nam że dalej strajkują nauczyciele i niema dojazdu do miasta. Dopiero o jedenastej razem z parką Gwatemalczyków udało nam się przekonać kierowcę pickupa, żeby jakoś spróbować ominąć ten protest. ale nic z tego, po dwóch kilometrach u...

czytaj więcej na blogu

San Cristobal de las Casas

Miasto od pierwszej chwili nas zachwyciło, taki Meksykański Kraków, dużo restauracji, masa ludzi i rewelacyjna atmosfera. Było dość zimno, więc nocleg w namiocie odpadał, ale bardzo szybko znaleźliśmy tani nocleg, dosłownie pierwszy hotel do którego weszliśmy okazał się w na tyle niskiej cenie że postanowiliśmy w nim zostać. Wszystko pod ręką, łazienka trochę śmiesznie rozwiązana, ale myślie o ciepłym prysznicu po tej trasie przez góry była na tyle dobra że nic nie było już ważne. Ogarnelismy się, zjedliśmy po taco,  jeszcze gorąca kawa i ruszyliśmy w miasto.  Poza wysokim sezonem turystycznym miasto jest bardzo tanie, restauracje, hotele i standardowo sklepiki. Ale rękodzieło ...

czytaj więcej na blogu

Agua Azul i droga do San Cristobal de las Casas

Coś się podziało na campingu i rano byliśmy odcięci od bieżącej wody w naszej części, więc wychodziło na to że wykąpiemy się dopiero nad wodospadami Agua Azul. Na szczęście z pomocą przyszedł Marcin i zaproponował że możemy się umyć u nich w cabanii. Zjedliśmy wspólnie śniadanie u mamuśki, co było nie lada przeżyciem, każdy z nas zamówił danie "A", ona zaproponowała "B", a na koniec przyniosła "C". Nic kompletnie się nie zgadzało, tak jak by miała gdzieś to co kto co zamawiał i każdemu z osobna losowała dania wedle jej uznania. Miało to jednak swój urok. Po śniadaniu czekała nas najgorsza rzecz, musieliśmy się spakować, a żadne z nas nie ...

czytaj więcej na blogu

12starsze